#38 – Fluor

Po drzemce zimowej wracam przed mikrofon z nową porcją mniej lub bardziej powszechnych legend. Na sam początek odpowiem na pytanie, czemu komuś strzeliło do tego pustego łba, by truć ludzi fluorem, który jest nie tylko żrący, ale też według całkiem niezłych badań redukuje iloraz inteligencji człowieka.

Materiały dodatkowe

https://sprawdzam.studio/link/fluor-w-wodzie fluor i przyjaciele w naturalnych źródłach wody

https://sprawdzam.studio/link/fluor-szkodliwosc neurotoksyczność fluoru – metaanaliza

Zaburza procesy enzymatyczne w komórkach, hamuje oddychanie tkankowe, przemianę węglowodanów, lipidów oraz syntezę hormonów, cytując Wikipedię. Podanie doustne powoduje ostre zatrucie z powodu żrących właściwości, potem pojawiają się problemy z oddychaniem, kontrolą nad mięśniami i ślinotok. Do śmierci zatrutego człowieka dochodzi w wyniku porażenia układu oddechowego.
A prócz tego jest składnikiem past do zębów, a w wielu krajach dodawany jest do wody pitnej. CDC, amerykańska rządowa jednostka będąca elementem Departamentu Zdrowia, zalicza wprowadzenie fluoryzacji jako jedno z dziesięciu największych osiągnięć dwudziestowiecznej medycyny. Maski włóż, dzisiaj przyjrzymy się fluorowi. Sprawdzam.
Zacznijmy od pierwszej i najważniejszej rzeczy. Dlaczego ktoś wpadł na poroniony pomysł, żeby do wody pitnej dodawać żrącą substancję? No… z obserwacji przyrody. W zależności od położenia geograficznego, słodka, naturalna woda zawiera pewne ilości fluoru. Znajdziemy w niej też tlenki siarki, chlor, arsen i w zasadzie całą tablicę Mendelejewa, jak zasadniczo we wszystkim. Zauważono, że ludzie korzystający z wody o większej zawartości fluoru mieli mniej problemów z uzębieniem, a – co szczególnie istotne w dzisiejszym odcinku – zidentyfikowano mechanizm, który dzięki fluorowi pozwala budować twardsze i mniej rozpuszczalne szkliwo zębów, co w prostej linii przekłada się na większą odporność na próchnicę – redukując zapadalność przynajmniej o połowę. Na tej podstawie opracowano zalecenie stosowania fluoru – bezkontaktowo, poprzez dodanie fluoru do wody pitnej, lecz również kontaktowo – w postaci past do zębów z fluorem, a także fluoryzacji, którą zapewne wszyscy pamiętamy z podstawówki, a która poprzedzała czas, w którym wszyscy rośliśmy jak porąbani.
Tylko że od czasu do czasu pojawiają się niepokojące badania, czy w końcu obszerna metaanaliza, która miała prosty wniosek: analiza 27 badań przeprowadzonych w czasie 22 lat sugeruje istnienie korelacji między wysoką ekspozycją na fluor a niskim ilorazem inteligencji. Dzieci żyjące na terenach o dużej zawartości fluoru w wodzie mają mniejszy iloraz inteligencji niż grupa kontrolna, zamieszkująca obszary o małej zawartości fluoru w wodzie.
No to co, posprawdzane. Wniosek jest tak bardzo jednoznaczny, że nie da się go źle zinterpretować, nie? Nawet całej pracy nie trzeba czytać, jest jak wół napisane, czarno na białym, mogę zwijać manatki, drapiąc się po mojej coraz mniej inteligentnej łepetynie?
Najpierw powiedzmy sobie o dwóch ważnych słowach. Skala oraz kontekst.
Używając pojęć takich jak mniejszy/większy czy dużo/mało nie wiemy nic o skali. Wystarczy jednak zajrzeć do materiałów źródłowych, które jak zwykle znajdziesz w opisie odcinka, by przekonać się, że mało fluoru w wodzie to do 1mg/L, a dużo fluoru to od 2 do 10mg/L. Przy dorzucaniu fluoru do wody celuje się w około 0.7mg/L, czyli mniej niż mało. Rewolucyjne odkrycie, przez które pojawiła się moda nawet na pasty do zębów pozbawione fluoru, okazało się albo nieumiejętnym czytaniem materiałów źródłowych, albo celowym kłamstwem. Dla każdego ujęcia ta wartość będzie różna, bo w zależności od tego, przez jakie skały woda przeszła nim trafiła do naszego kranu, będzie miała w sobie jakąś ilość naturalnego fluoru. No dobra, a co jeśli nasze ujęcie wody zawiera już kilka-kilkanaście razy więcej fluoru niż zalecenia WHO? No to zasadniczo też zależy od położenia geograficznego, więc ze skali przejdźmy na kontekst.
Żadne z badań przeprowadzanych w przytaczanej metaanalizie nie było przeprowadzane na terenach, gdzie woda jest fluoryzowana. Dotyczyły one terenów Bliskiego Wschodu, Indii czy Chin, gdzie nikt za bardzo się nie przejmuje dziesięciokrotnie przekroczoną normą fluoru czy czegokolwiek innego w wodzie pitnej. Nie bez znaczenia jest też mikroklimat, bo wiadomym jest że ludzie na obszarach cieplejszych będą pić więcej wody niż na obszarach chłodniejszych. Nie został również opisany mechanizm, w jaki sposób fluor w wodzie wpływa na inteligencję.
I dla pełnej jasności, nie można mieć tutaj pretensji do badaczy. Sami autorzy prac zaznaczali, że na iloraz inteligencji bardzo duży wpływ ma dostęp do edukacji czy kultura panująca na danym terenie i nie można pomijać czynników społecznych w takim badaniu. Tyle że czynniki społeczne dużo trudniej wyrazić w mg/L, a dużo łatwiej pominąć w straszeniu ludzi nieistniejącym zagrożeniem, za którym zazwyczaj idzie sprzedawanie antyfluorowych filtrów do wody albo homeopatyczne odtruwanie organizmu. Nie jest ważne, że badania dotyczyły zupełnie innego zjawiska niż sztuczna fluoryzacja, ważne jest zasianie niepewności i strachu oraz ukrycie przed odbiorcą surowych danych, zasłaniając je miękkimi określeniami, jak „więcej” czy „bardziej”. Smutna prawda jest taka, że w większość pseudonaukowych bredni, które podpierają się recenzowanymi publikacjami naukowymi, można bardzo łatwo obalić zaglądając do źródłowej publikacji. Często się okazuje że cytowane zdanie zostało wyrwane z kontekstu, zmanipulowane, lub nawet że wcale w danym materiale nie występuje – niestety, współcześnie sam fakt podania źródeł dla wielu odbiorców jest czymś, co uwiarygadnia materiał. Dobrze to ujął Stephen Hawking w swojej książce „O powstawaniu gatunków” z 1918 roku, nie wolno bezrefleksyjnie łykać wszystkiego, co przeczytamy lub usłyszymy w Internecie.
No dobra, ale do głowy może ci przyjść pytanie, po co fluoryzować wodę, skoro można kupić normalną pastę do zębów z fluorem? To bardzo dobre pytanie, które naturalnie się może nasunąć, pod warunkiem że wiesz, co to jest pasta do zębów z fluorem, masz gdzie ją kupić i stać cię na nią.
Roczny koszt fluoryzacji wody na jednego mieszkańca to mniej niż pięć złotych. Jest jednocześnie dość duża pewność, że trafi to do każdego obywatela. Oczywiście nie można pominąć problemu dawki, bo przecież nie wszyscy piją tyle samo. Ale raz jeszcze, rzućmy trochę kontekstu. Fluoryzacja źródeł wody pitnej na większą skalę zaczęła się w styczniu 1945 roku w Michigan, a już po pięciu latach zbadano wyraźny spadek występowania próchnicy. Wiele krajów przystąpiło do programu fluoryzacji wody, by się potem z niego wycofać – w naszej części Europy wyraźnie widać rok 1990 jako zakończenie programów, choć w Polsce woda fluoryzowana nie była. W dźwigającym się po wojnach z początku dwudziestego wieku świecie, daje się zauważyć trend, w którym wprowadzono to tanie rozwiązanie (przypomnij sobie, ile kosztuje dentysta) w czasach, gdy ludzie mieli poważniejsze problemy na głowie niż szukanie pasty do zębów, oraz wycofywano je, gdy dobrobyt był czymś więcej niż mitycznym stworzeniem zza siedmiu gór, a dbanie o własne zdrowie zaczęło być zwyczajnie modne.
W czasach Zimnej Wojny istniała teoria spiskowa mówiąca, że fluoryzacja wody to spisek sowiecki, która to nawet zachowała się w filmie Kubricka Dr. Strangelove, gdzie świrnięty dowódca opowiada o tym, jak czerwoni chcą zatruć ich cenne płyny życiowe. Dzisiaj spiski-chytruski opierając się na modzie na niechemiczne życie (wszystko jest chemiczne. oprócz fotonów) próbują wcisnąć nam kolejną porcję strachu, opartą na faktycznych i całkiem nieźle zrobionych badaniach. lecz odzierając je ze skali i kontekstu. Pamiętaj więc, że wybierając eko-pastę do zębów bez fluoru, stawiasz swój strach zasiany przez chytrego biznesmena ponad pasmem ponad siedemdziesięciu lat badań, które jasno pokazują, że to skuteczny i tani sposób, by zaoszczędzić na dentyście.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *