#35 – Dziura ozonowa

Jak to się stało, że jeszcze jakiś czas temu głośno było wszędzie o dziurze ozonowej, a teraz wszyscy nabrali wody w usta? Odpowiedź okazuje się zaskakująco aktualna.

Chcesz wiedzieć więcej?

https://sprawdzam.studio/link/ozon-manipulacje historia dezinformacji obrońców freonów
https://sprawdzam.studio/link/ozon-fact-check Scientific American o chlorofluorowęglanach
https://sprawdzam.studio/link/ozon-powstawanie jak powstaje ozon i dziura ozonowa?
https://sprawdzam.studio/link/ozon-wywiad wywiad z Mario Moliną, odkrywcą dziury ozonowej
Portal https://naukaoklimacie.pl

Kiedyś straszyli nas dziurą ozonową i jakoś tajemniczo przestało się o tym mówić, dziś straszą nas globalnym ociepleniem… Niestety, zdarza mi się od czasu do czasu usłyszeć taki komentarz. Istotnie, o dziurze ozonowej mówiono w mediach i szkołach, a sprawa coś przycichła. Zapraszam zatem na krótką przejażdżkę parę lat wstecz, w której przyjrzymy się, na czym polega zjawisko dziury ozonowej, czemu mielibyśmy robić z tego jakąkolwiek aferę, ale przede wszystkim – jak to się stało, że sprawa coś przycichła. Sprawdzam!
Ogromne podziękowania dla dr Aleksandry Kardaś, fizyczki atmosfery, redaktorki strony Nauka o klimacie oraz współautorki książki pod tym samym tytułem, za konsultację treści odcinka i wyłapanie paru moich nieścisłości.
W stratosferze naszej planety znajduje się specjalne miejsce o szczególnie wysokiej koncentracji ozonu. Jego istnienie jest naturalną konsekwencją tego, w jaki sposób zbudowany jest nasz świat. Cząsteczki tlenu poddane działaniu promieniowania ultrafioletowego pochodzącego ze Słońca rozpadają się na pojedyncze atomy, a że strasznie im niekomfortowo w takim stanie, chętnie zareagują, by się związać w coś w miarę stabilnego. W wyniku reakcji pojedynczego atomu tlenu z cząsteczką tlenu, powstaje cząsteczka ozonu, zawierająca trzy atomy tlenu. Nie jest to struktura szczególnie stabilna i ulega rozpadowi, gdy będzie miała okazję wejść w jakiś stabilniejszy związek, ale pod wpływem promieniowania ultrafioletowego również się może rozbić, robiąc nam w górnych warstwach atmosfery nieustannie bulgoczący kocioł.
Ozon ma niezwykle istotną właściwość, która przyczynia się do tego, że życie na Ziemi jest możliwe. Całkiem nieźle radzi sobie z pochłanianiem promieniowania ultrafioletowego, którego nadmiar prowadzi do poważnych uszkodzeń organizmów żywych – więcej o różnych rodzajach promieniowania i ich wpływie na tkankę mówiłem w odcinku o Mikrofalach i „smogu elektromagnetycznym”. Poważny ubytek w ochronnej warstwie ozonowej byłby śmiertelnym zagrożeniem – nie tylko dla naszej cywilizacji, lecz dla niemal całego życia jakie znamy – za wyjątkiem tego, które schowane byłoby głęboko pod wodą, chronione przed nadmiarem promieniowania.
Po czterech i pół miliarda lat od uformowania się naszej planety nadchodzi rewolucja przemysłowa, przenieśmy się więc do początku dwudziestego wieku. Człowiek potrafi już kontrolować otoczenie w niespotykany dotąd sposób. Eksperymentuje z nim, podporządkowuje świat sobie różnymi, niekoniecznie bezpiecznymi metodami. Rzeczy tak proste jak lodówka wykorzystują mało przyjemny dla człowieka amoniak, co w razie wycieku powoduje niemało problemów, więc człowiek poszukuje rozwiązania bezpieczniejszego. W 1930 roku zarejestrowana zostaje nazwa handlowa – Freon – czyli dichlorodifluorometan, a w ciągu kolejnych kilku lat parę podobnych chlorofluorowęglanów. Freony są łatwe do wytworzenia i tanie w produkcji, nietoksyczne dla człowieka, stabilne, a jednocześnie doskonale się nadają jako czynnik chłodniczy w chłodziarkach i klimatyzatorach, a także jako gaz nośny w przeróżnych sprayach. No, przynajmniej tak się wydawało na pierwszy rzut oka.
Pod koniec 1973 roku Mario Molina, który ledwo co zdobył tytuł doktora, rozpoczyna staż podoktorski na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine, pod okiem prof. Franka Sherwooda Rolanda. Prowadzi badania nad freonami i dochodzi do wniosku, że szalenie popularne freony nie są aż tak stabilne, jak obiecywali producenci. Pod wpływem promieniowania UV rozpadają się, uwalniając między innymi chlor. Rodniki chloru są bardzo reaktywne – tak bardzo, że spokojnie potrafią rozbić niezbyt stabilny ozon zabierając mu atom tlenu, po czym chętnie pozbędą się nowego partnera pod wpływem promieniowania słonecznego i lecą rozwalać kolejne cząsteczki ozonu. Do gry wchodzi nowy gracz, który niszczy ozon szybciej, niż jest produkowany, jest bardzo wydajny w swoim morderczym pędzie i przede wszystkim – jeden rodnik chloru rozbije tłuste dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy cząsteczek ozonu.
Freony jako bezbarwne i bezwonne gazy niezauważalnie ulatniają się z drobnych nieszczelności w instalacjach, beztrosko także emitowaliśmy je, używając kosmetyków czy farb w sprayu. Spotkałem się z zarzutem, że freony są przecież cięższe od powietrza, no to jakim cudem się znalazły w stratosferze? No cóż, ziarna piasku też są cięższe od powietrza, a czasem potrafią wpaść do oka i nie potrzebują do tego napędu antygrawitacyjnego. Atmosfera to kocioł, który ciągle się miesza, przenosi prądami kilometry nad ziemią przeróżne rzeczy, a na podstawie pobranych próbek wiemy, że freony dotarły tam. Dostatecznie wysoko, by oberwać od słonka i się rozlecieć. Co zabawne, to właśnie tak zachwalana przez producentów stabilność im na to pozwala – wytrzymać w atmosferze dostatecznie długo, by dotrzeć do stratosfery.
Reakcja producentów chlorofluorowęglanów była natychmiastowa. Nazwali doniesienia kompletnym bełkotem, zaś wycofanie freonów z użycia miało być według nich zapalnikiem zapaści gospodarczej, która zrujnuje światową ekonomię i cofnie nas w rozwoju. Zatrudnili również największą ówcześnie firmę zajmującą się PR – Hill&Knowlton, która to zorganizowała objazdowe wykłady z brytyjskim naukowcem, Richardem Scorerem. Rzecz jasna wykłady były festiwalem plucia na Rolanda i Molinę. Sam Mario Molina w wywiadzie w 1985 podsumował swojego oponenta słowami „Ten pan jest dobry w atakowaniu. Nie wykonał jednak żadnej pracy naukowej w tym temacie”. Producenci freonów również podpierali się pracami naukowymi – starannie wybranymi, których wnioski były zupełnie inne niż wnioski Rolanda i Moliny, zazwyczaj z pism o wartości naukowej zbliżonej do gazetki z Lidla. Atakowali naukowców alarmujących o wpływie freonów na warstwę ozonową twierdząc, że kręcą dramę tylko po to, żeby wyżebrać fundusze na badania albo zabłysnąć w mediach. Atakowali całe środowisko naukowe, bo przecież naukowcy jak się czegoś nowego dowiedzą, to zmieniają zdanie, więc nie można im ufać. Przyparci do muru, twierdzili również że przecież potrzeba więcej badań, a poza tym taniej będzie dla nas wszystkich przyzwyczaić się do nowych warunków, niż zabraniać produkcji freonów. A produkowali ich w latach siedemdziesiątych około milion ton każdego roku. W linkach do odcinka znajdziesz fantastyczne opracowanie metod dezinformacji, które były w całej sprawie wykorzystywane – polecam jak nigdy, jest… niezwykle aktualne.
Medialny ping-pong trwał trochę czasu. Węzeł gordyjski przecięła ekipa z brytyjskiej stacji badawczej Halley na Antarktydzie. W 1985 roku rzucili surowymi danymi na stół, według których w ostatnim miesiącu zimy polarnej ilość ozonu nad Antarktydą spadła o 40%. Mamy sporo szczęścia z tą Antarktydą. Długie noce polarne – a zatem długi czas braku zasilania ze Słońca, niezbędnego do produkcji ozonu, a także nietypowe prądy powietrza, dały nam fajne środowisko testowe pokazujące, co nas czeka jeśli się nie opamiętamy.
Tym razem podziałało, mimo że producenci twierdzili, że w dalszym ciągu dane i prognozy są zbyt niepewne, by miało sens wdrażanie jakichkolwiek zmian. Ale zaledwie dwa lata później ponad 160 państw z całego świata przyjmuje protokół montrealski, zobowiązujący do natychmiastowej redukcji produkcji i użycia w sumie 95 substancji niszczących warstwę ozonową, a docelowo do wyzerowania produkcji. Kraje rozwijające się uzyskały docelową pomoc finansową, a producenci… jakimś cudem znaleźli substancje, które zastąpiły chloro fluoro węglany. Protokół montrealski był poddawany kilkukrotnym rewizjom, zacieśniającym wymagania. Dzięki szeroko zakrojonym działaniom, do 2005 roku zredukowano użycie substancji niszczących ozonosferę o 95%, do dzisiaj niemal całkowicie z nich zrezygnowaliśmy.
Dopiero w ostatnich latach pojawiły się doniesienia, że dziura ozonowa nad Antarktydą zaczęła się zmniejszać. Wstrzymaliśmy produkcję i emisję, owszem, ale z tym, co wydmuchaliśmy już do atmosfery, nic zrobić się nie dało. Substancje musiały przejść swój destrukcyjny cykl, a my mogliśmy tylko siedzieć i patrzeć, i najwyżej obliczać jakie mamy szanse, że w porę się opamiętaliśmy. Wywołaliśmy reakcję, nad którą nie potrafiliśmy zapanować, a która spokojnie mogła nas zabić. Wpływ i kontrola to całkowicie osobne rzeczy.
Zmieniamy klimat na naszej planecie. Wystarczy wyjrzeć przez okno, katastrofa klimatyczna to nie tylko wyższa średnia temperatura, to również częstsze ekstrema. To tornada w Polsce i coraz bardziej niszczycielskie huragany na Florydzie. To gwałtowne burze i paraliże całych miast przez kilkunastominutowe opady deszczu, to ekstremalnie gorące dni i tropikalne noce. To również niewyobrażalnie wielkie pieniądze przemysłu, któremu lepiej i taniej będzie zachować obecną sytuację i nie przebiera w środkach, by wmówić nam, że nie ma się czym przejmować, że naukowcy to alarmiści którzy chcą zbić kasę i sławę na globalnym ociepleniu, a tak poza tym przecież nawet jak się zrobi cieplej to super.
Świat jaki znamy, jednak się nie kończy, przynajmniej mam taką nadzieję. Świadomość zmian klimatu się podnosi, szczególnie w krajach położonych w najgorętszych rejonach naszej planety. Kwestią czasu jest kiedy i nas ten problem kopnie w zadek, a kopnie bez najmniejszej litości. Mówmy głośno o zmianach klimatu, utrzymajmy budowanie świadomości tych zmian. Dajmy naszym dzieciom powód do dumy z naszego pokolenia, tak jak i my możemy być dumni z pokolenia naszych rodziców, które zatrzymało kryzys dziury ozonowej.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *